Bardzo ciekawego i obszernego wywiadu udzielił "Przeglądowi Sportowemu" Bogusław Cupiał. Właściciel Wisły mówi między innymi o obecnej sytuacji i planach na przyszłość.
W ciągu 10 lat, kiedy pana spółka TELE-FONlKA stała się właścicielem Wisły, klub po raz szósty został mistrzem Polski. Jak smakuje ten ostatni tytuł?
Bogusław Cupiał: - Używając terminologii gastronomicznej, jest to wspaniały deser, który bardzo mi smakuje. Niezapomniane przeżycie, jak każdy tytuł zdobywany przez mój zespół. Wspaniała oprawa na stadionie, radość 18 tysięcy kibiców, dumnie wznoszących symbole klubowe, a następnie wielka feta na krakowskim Rynku. Piękne chwile, dla których warto ponosić liczne wyrzeczenia. Chciałoby się je przeżywać regularnie co roku. Chociaż to tylko sport, który jest nieprzewidywalny, wierzę w kolejne sukcesy. Tak w klubie, jak i w grupie TELE-FONIKA walczymy o najwyższe cele. Chciałbym podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do odniesienia tego sukcesu.
Wisła Kraków nie miała jednak wielkiej konkurencji w mijającym sezonie. Legia trochę zawiodła. Podobnie Groclin i Lech. I Wisła łatwiej zdobyła mistrzostwo Polski, niż w poprzednich sezonach.
- Nie zgodzę się, że było łatwiej. Wisła nie była tylko silna słabością swoich rywali. W chwili kiedy została liderem tabeli celem każdego zespołu było jej ogranie zgodnie z powiedzeniem bij mistrza. A tak naprawdę, każdy zespół piłkarski osiąga sukcesy, jeżeli jest głodny zwycięstw. Nigdy tego nie ukrywałem: zadaniem zespołu trenerskiego i piłkarzy Wisły jest zdobycie mistrzostwa Polski, Pucharu Polski i Pucharu Ligi. Niewiele mam miejsca na kompromis. Nie widzę sensu angażowania znaczących środków finansowych i emocjonalnych w walce o drugorzędne cele. Nie oglądamy się na innych, idziemy do przodu. Każdy ma swoje do zrobienia.
Sporo się mówiło, że te dwa sezony bez mistrzostwa Polski zniechęciły pana do klubu. Spekulowało się nawet, że może Pan sprzedać Wisłę...
- Wiele rzeczy się mówi i pisze. Nie mam czasu ani ochoty tego wszystkiego prostować. Nie lubię tego. Kochałem Wisłę, kiedy byłem jej kibicem i kocham dzisiaj. Bo to jest mój klub. Jestem człowiekiem odpowiedzialnym i nie ma mowy, abym nagle wycofał się z klubu. Jeżeli to kiedyś nastąpi, nie zostawię klubu bez alternatywnej koncepcji funkcjonowania. Z drugiej strony prawdą jest, że zostałem właścicielem Wisły nie po to, aby osiągnąć realne zyski, ale po to, aby zrealizować własne - niestety bardzo kosztowne - marzenia oraz z potrzeby zrobienia czegoś dobrego dla lokalnej społeczności. To nie takie proste być w Polsce właścicielem klubu piłkarskiego.
Kibice Wisły cieszą się z mistrzostwa, ale jednocześnie stawiają pytanie: kiedy wreszcie zagramy w wymarzonej Lidze Mistrzów?
- Dobre pytanie, chociaż odpowiedzi na nie nikt nie zna, bo piłka nożna jest sportem nieprzewidywalnym. Niektórzy sugerują mi, abym zainwestował szybko kilka czy kilkanaście milionów euro i kupił bardzo drogich, doświadczonych czterech czy pięciu zagranicznych zawodników. Słysząc takie sugestie, zapraszam podpowiadaczy, aby dołączyli się do finansowania klubu. Muszę działać odpowiedzialnie, a nie słuchać tylko podpowiedzi i wydawać pieniądze.
Wierzy pan w to, że można awansować do Champions League tym składem, jaki teraz gra w Wiśle?
- Byłoby świetnie, gdyby to się nam udało. Bardzo cenię młodego trenera Macieja Skorżę i dyrektora sportowego Jacka Bednarza. Liczę na ich pracę, ambicje, pomysłowość. Wiadomo, że szukamy nowych piłkarzy do zespołu. Trzeba to wszystko dobrze przemyśleć i poukładać. To duże wyzwanie dla zarządu i sztabu szkoleniowego. Oczywiście niezwykle ważne jest szczęście w losowaniu do gier eliminacyjnych Ligi Mistrzów. Mieliśmy już na swej drodze Real Madryt i Barcelonę.
Ale też Anderlecht i Panathinaikos.
- To prawda. Jednak czegoś ciągle nam brakowało. Może zwykłego szczęścia? Bez tego nie tylko w futbolu wiele się nie osiągnie.
Czy powtórzy pan manewr sprzed kilku lat, kiedy sprowadził pan do drużyny młodych i bardzo perspektywicznych polskich piłkarzy?
- Wtedy kupiliśmy Żurawskiego, Głowackiego i Kosowskiego. Później sprowadziliśmy Szymkowiaka. To byli najzdolniejsi polscy piłkarze młodego pokolenia. Dziś byłoby to niemożliwe. Po prostu takich zawodników w kraju nie ma. Dobrze zapowiadający się junior coraz częściej wyjeżdża do zagranicznego klubu i tam szuka szczęścia. Nie znaczy to, że nie szukamy polskich piłkarzy. Tyle tylko że polski klub, kiedy słyszy, że ich zawodnika chce kupić Wisła, od razu żąda astronomicznych kwot. Ciągle podkreślam: musimy być odpowiedzialni za przyszłość Wisły i nie wydawać więcej pieniędzy niż posiadamy w zaplanowanym budżecie.
Jak pan ocenia zamieszanie w sprawie sprzedaży ligowych praw telewizyjnych. Czy kwota 120 milionów złotych, jaką wynegocjowała spółka Ekstraklasa od Canal Plus, satysfakcjonuje Pana?
- Jak każdy właściciel chciałbym, żeby jak najwięcej pieniędzy wpływało do kasy klubu, także z tytułu praw telewizyjnych. Moim zdaniem mecze najlepszych zespołów ligowych znacząco poprawiają oglądalność transmisji i generują tym samym największe zapotrzebowanie na czas reklamowy. Skoro tak, to zrozumiałym staje się, że taki klub powinien otrzymywać więcej pieniędzy z telewizji. Jest tu pewna analogia do pojedynku bokserskiego wielkich mistrzów. Wielcy otrzymują większe pieniądze. Z całym szacunkiem do mniejszych klubów w małych miastach: trudno wyobrazić sobie polską ligę bez spotkań Wisły, Legii czy Lecha.
To był trudny sezon dla ligowego futbolu, wstrząsanego nieustannie aferą korupcyjną. Wisłę wymienia się często jako jeden z nielicznych klubów, który grał - czysto w polskiej ekstraklasie.
- Dla mnie to wielka satysfakcja i duma. Dzisiaj możemy patrzeć prosto w oczy każdemu. Zwycięstw zawsze szukaliśmy na boisku i w bezpośredniej walce z rywalami. Zawsze inwestowałem w klub, piłkarzy, stadion, ale nie w sędziów lub działaczy piłkarskich. Kiedy okazało się, że jeden ze współpracowników naszego trenera mógł mieć nieczystą przeszłość w innym klubie, natychmiast rozwiązaliśmy z nim umowę o pracę. W takich przypadkach jesteśmy zawsze konsekwentni.