Z dnia na dzień ci, którzy jeszcze w ubiegły piątek uznawali krakowian za murowanego faworyta rozgrywek, teraz uważają, że w starciu z warszawską Legią i poznańskim Lechem nie mają czego szukać.
O ile krytyczne uwagi skierowane pod adresem Wisły po słabym występie w Bełchatowie są w pełni uzasadnione, to wyciąganie z niego zbyt pochopnych wniosków, dotyczących kolejności w tabeli na końcu rozgrywek, trąci ignorancją i nadgorliwością.
Podobne głosy można było usłyszeć, kiedy w 2007 r. wiślacy zajęli 8 miejsce w Ekstraklasie. Zewsząd słychać było o końcu hegemonii krakowskiej Wisły. Na szczęście piłkarze Białej Gwiazdy nie wzięli sobie do serca prognoz stawianych przez piłkarskich ekspertów i w kolejnym sezonie okazali się bezkonkurencyjni wygrywając ligę z czternastoma punktami przewagi.
Rok temu, kiedy to po osiemnastej kolejce Ekstraklasy Wisła traciła do poznańskiego Lecha pięć punktów, pozostałe drużyny walczące o prymat w kraju zacierały ręce. Późniejszy remis Wisły z Kolejorzem w Poznaniu jeszcze utwierdził fachowców w przekonaniu, że w tym sezonie krakowianie będą musieli obejść się smakiem. Jak było później wszyscy wiemy – smakowało!
Obecnie Wisła ma dwa punkty przewagi nad Legią Warszawa i pięć nad Lechem Poznań. Jest więc w znacznie lepszej sytuacji niż na początku ubiegłorocznej rundy wiosennej. Najwidoczniej jednak poprzednie lata nic nie nauczyły tzw. „znawców”, którzy momentami zdają się nie pamiętać, że nie należy dzielić skóry na niedźwiedziu.