Nawet wygrana 3:1 z „Niebieskimi” nie spowoduje jednak, że kibice nagle zapomną o przykrych wydarzeniach z poprzednich kolejek, kiedy to Biała Gwiazda przegrywała najpierw z Legią, a później z Cracovią. Zwłaszcza, jeżeli przypomni się styl, jaki prezentowała Wisła w tych spotkaniach, który najlepiej będzie przemilczeć.
To co cieszy najbardziej w kontekście zwycięstwa z chorzowianami, to fakt, że zawodnicy potrafili podnieść się po stracie bramki, a nie jak ostatnimi czasy mieli w zwyczaju, popaść w zwątpienie i marazm. Znamienne jest, że w obecnych rozgrywkach, aż do meczu z Ruchem, Wiśle nie udało się zdobyć kompletu punktów w żadnym meczu, w którym traciła bramkę jako pierwsza!
W 7. kolejce Ekstraklasy krakowianie zaledwie zremisowali z bytomską Polonią, która od 16 minuty spotkania prowadziła. Wyrównać udało się dopiero w ostatnich minutach meczu, gdy strzałem rozpaczy Piotr Ćwielong pokonał golkipera bytomian. Wówczas można było jeszcze uznać to za wypadek przy pracy.
To, że wypadek przy pracy przeistoczył się w regułę mogliśmy przekonać się w 10 serii spotkań. Wówczas z kompletu punktów ograbił Wisłę poznański Lech. Bramka Roberta Lewandowskiego w 60 minucie meczu wystarczyła, żeby Wiślacy schodzili z boiska pokonani. Marnym pocieszeniem było to, że Biała Gwiazda rozegrała najlepsze w opinii wielu kibiców spotkanie w bieżącym sezonie.
Mecze z 13. i 14. kolejki mamy jeszcze świeżo w pamięci. Po spotkaniach z Legią i Cracovią Wiślacy schodzili z murawy ze spuszczonymi głowami i pustymi rękoma. Pełna pula powędrowała do rywali. Wisła choć nie była w tych spotkaniach zespołem gorszym, to dostosowała się do słabego poziomu rywali. W obu meczach o porażce decydowała strata jednej bramki, której odrobić już Wisła nie potrafiła. W obu po stracie gola sprawiała wrażenie drużyny pogodzonej z losem.
Żeby było ciekawiej, ostatni raz udało się Wiśle zdobyć komplet punktów kiedy traciła bramkę jako pierwsza, w przedostatniej kolejce rundy wiosennej ubiegłego sezonu. Wówczas to gdańska Lechia objęła prowadzenie już w pierwszej minucie spotkania. Na szczęście po niesamowitej wymianie ciosów udało się krakowianom przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść i pokonać Lechistów 4:2. Był to jeden z najważniejszych meczów ubiegłego sezonu, który w dużej mierze zadecydował o zdobyciu przez Białą Gwiazdę tytułu Mistrza Polski.
Nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby zauważyć pewną prawidłowość. Od dłuższego już czasu Wisła żeby zagrać dobry, a co najważniejsze zwycięski mecz, musi mieć nóż na gardle. W momencie, kiedy drużyna zaczyna odczuwać komfort psychiczny, maszynka się zacina. Nad wyeliminowaniem tego złego nawyku trzeba pracować najintensywniej. Bo to, co da się odrobić w lidze w przekroju całego sezonu, może okazać się niemożliwe do odzyskania w meczach o awans do europejskich pucharów. Tam o wszystkim zadecyduje zaledwie kilka spotkań. Jeżeli wówczas drużynie zdarzy się przysnąć, będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy nawet słowo „przepraszam” może nie wystarczyć. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie adresowane było do kibiców dość często, żeby nie powiedzieć zbyt często. A kibice jak to kibice, od przeprosin znacznie wyżej cenią walkę. Najlepiej do upadłego.